• 1

    Prowadzimy szkolenia PPG

  • 2

    Zapraszamy na loty widokowe

  • 3

    Oferujemy w sprzedaży paralotnie

  • 4

    Organizujemy wyjazdy zagraniczne

Po kilku latach zabawy w  paralotniarstwo wreszcie udało się nam zrealizować to, po co zaczęliśmy uprawiać ten sport. Po wielu wyprawach w różne części świata chcieliśmy zobaczyć to jeszcze raz, ale już nie z poziomu gruntu, wciągającego bagna czy spod wody, a wręcz przeciwnie, z lotu ptaka. Ten nowy punkt widzenia odkrywa nowe oblicze tego co już znamy. Nowa perspektywa ukazuje nowe piękno, a gra kolorów, światła i cienia jest nie do opisania. Podczas rozmyślania, gdzie warto pojechać z napędami, Julek wpadł na ślad strony Bogdana www.ppgtravel.pl  ,który właśnie organizował wyjazd do Grecji. Decyzja trwała chwilę. Po szybkim telefonie ustaliliśmy warunki brzegowe wyjazdu i wpłaciliśmy wpisowe. Teraz już należało tylko czekać na termin odlotu.

Był już wieczór więc nisko zawieszone nad zatoką Termajską słońce, ukazało tylko zwiastun  tego co może nam oświetlić za dnia, To był lot zapoznawczy, mimo  wiatru 3-4 m/s   latało się bardzo spokojnie. Blisko startowiska Grzesio znalazł bardzo przytulny hotel, w którym wszyscy bez większego imprezowania jak niemowlęta poszli spać. Wstępna koncepcja polegająca na spaniu w namiotach jednak szybko upadła  pierwszej nocy, kiedy okazało się, że bardzo wygodne noclegi są w cenie jakich w Polsce już nawet nie pamiętam, a mianowicie 30 zł od osoby. Wkrótce cały sprzęt biwakowy został spakowany na przód przyczepki tak, aby już go nigdy nie wyjmować. Drugiego dnia postanowiliśmy zwiedzić wybrzeże na odcinku 40 km w kierunku południowym.  Taki zasięg był optymalny. Start w samo południe  wiatr koło 5-6 m/s. Część, pierwszy raz na ppg stawiała skrzydła alpejką i latała przy takim wietrze.  Ale tutaj bryza sprawia cuda, jednolity wiatr od morza spokojnie i bezpiecznie pozwalał latać wzdłuż wybrzeża, nie narażając nikogo na nieprzyjemne podmuchy termiczne, które na pułapie kilku metrów mogłyby być bardzo nieprzyjemne. Ciekawą ekspozycja był zamek usytuowany na samym wybrzeżu.  Na tle lazurowego wybrzeża bardzo ładnie się prezentował, ale sam obiekt nie wzbudzał zachwytu. Przeloty na jurze krakowsko-częstochowskiej szlakiem orlich gniazd dają znacznie ciekawsze wrażenia. Podczas przelotu można było spotkać małe porty rybackie, gaje oliwne, plaże z pojedynczymi turystami,  oraz ekskluzywne dacze na skarpach. Jeden z Greków ochrzczony  "Grecki Mańkowski" był tutaj miejscowym specem. Bardzo dużo wiedział o panujących warunkach, specyfice terenu dzięki czemu poziom naszego bezpieczeństwa był dodatkowo podniesiony. Człowiek starszej daty był nad wyraz ciekawy naszych rozwiązań i sprzętu, dlatego nie omieszkał skorzystać z okazji i przetestować kilku skrzydeł.  Nasz kolega Zdzisiu był nawet przez chwile przerażony co Grek robił z jego nowym uniwersalem. Ale w końcu to Mańkowski, wiec strach szybko minął. Zasady były proste, jak Mańkowski mówił latamy to latamy, jak gleba to gleba. A o jego nieprzeciętnej wiedzy mieliśmy się wkrótce przekonać.




Podczas startów w poprzek drogi w kierunku plaży towarzyszył nam przyjazny patrol policyjny stojący na kogutach i ostrzegający nadjeżdżających kierowców. Ten bezinteresowny miły gest był dla nas dużym zaskoczeniem. Juliusz dostrzegając nietuzinkową funkcjonariuszkę, nie mógł sobie odmówić małej sesji fotograficznej. Finalnie sesja miała być w wersji: ręce na plecy, kajdanki, twarz dociśnięta do maski i uśmiech Lary Croft oświetlony blaskiem zachodzącego słońca. Niestety z przyczyn formalnych ten numer nie przeszedł, no może po cywilu.  



Wszystkie starty i lądowania przy wietrze sięgającym 6 m/s odbywały się bez zakłóceń z wyjątkiem Julka, który po ładnym przyziemieniu nie zdążył się odwrócić, kiedy skrzydło gwałtownie szarpnęło go do tyłu. No cóż, błąd pilota został szybko wyceniony na około 600zł bo o takiej właśnie wartości pogięły się rurki od ślicznej nirvany. Na szczęście uszkodzenie było na tyle nieduże, że bez zachowania pełnej geometrii pozwoliło na złożenie  kosza. A nasz sympatyczny dystrybutor Nirvany Mirek H. którego wszystkim gorąco polecam sam zaproponował, że nam pożyczy kosz i śmigło na wyjazd tak na wszelki wypadek. Niestety zapomnieliśmy się przypomnieć zawczasu.


Po kilku godzinach lotów wygenerowanych przez wspomnianego Zdzisia, który zabierał z sobą 20 litrów paliwa i latał chyba cały czas spakowaliśmy sprzęt i pojechaliśmy do Kosty.  To imię wzbudzało w nas uśmiech ponieważ kojarzyło się ze wspaniałym jedzeniem i oczywiście winem, które mieliśmy okazję dzień wcześniej skosztować. O pewnych patologiach jak picie piwa w Grecji nie będę się rozwodził, Antek wie o co chodzi :) .
Wróćmy na chwilę do tawerny  Kosty. To miejsce wygląda jak każde inne, w którym Grecy przesiadują od południa do późnego wieczoru. Kluczem dla nas był fakt ze Kosta biegle mówił po polsku, miał sentyment do Polaków i częstował nas tym co najlepsze. Formuła szwedzkiego stołu na którym lądowały kalmary, małże, ośmiornice czy szprotki, nie miały końca. Wszystko wyśmienicie przyrządzone i podane. Konsumowanie tych specjałów okraszone było opowieściami Kosty o historii jego kraju. Niestety nie ma takiej imprezy, której nie ma końca, dlatego około północy wszyscy na lekkim rauszu skierowali się w stronę kwatery.    



Kolejny dzień rozpoczynamy od podroży na zachodnią część półwyspu Chalkidiki. Stamtąd dokonamy przelotu do samego kanału oddzielającego Kasandrę od reszty lądu odległość około 80km.  Dojazd do miejsca startu jest dość ciekawy. Po zjeździe z głównej trasy kilka kilometrów jedziemy szutrowymi drogami, na końcu których napotykamy na ruiny jakiegoś budynku .Trzysta metrów dalej jest nasze pole.  Szykujemy się do startu, Antek pierwszy idzie w górę.  Nagle od wschodu nadlatują gaśnice, czyli żółte samoloy będące w służbie lotniczej straży pożarnej.  Grzesiek rzuca komendę natychmiast ląduj.  Samoloty leciały bardzo nisko i mają obowiązek informować o każdym statku powietrznym, który jest w ich zasięgu wzroku. Na dzień dzisiejszy pepegant w Grecji jest czymś co przyczepiło sobie kosiarkę na plecy, wzięło kawałek szmaty i jakimś cudem unosi się w powietrze. Prawo lotnicze nie przewiduje u nich takiego bytu jak ppg, dlatego sprawa jest delikatna. Sytuacje komplikuje fakt, że strefa w której Antek się wzniósł jest kontrolowana przez lotnisko. 15 minut od lądowania Antka pojawia się policja. 


I tu wkracza Mańkowski. Okazuje się, że nasz czarny koń jako lokalny guru zna środowisko lotnicze i jest nawet konsultantem w zakresie nowelizacji prawa lotniczego w Grecji uwzględniającego PPG. Gość wydał sobie nawet sam licencję, ustanawiając jej ważność, czyli jest lotnikiem i ULCem w jednym. Jakby u nas tak zrobić to kupę kasy ULC zaoszczędziłoby na etatach.  Po krótkim briefingu ustalono.


Mańkowski startuje pierwszy jak policja go zacznie ścigać to on ląduje i załatwia sprawę.  Póki co my czekamy.  Po 30 minutach nie ma śladu ani Greka ani policji. Pada komenda do startu.  Cztery skrzydła już poszły. Moja kolej. Rozgrzewam nirvanę, mocuję taśmy i do przodu. Niestety ja mu w gaz, a on zgasł. Ku zaskoczeniu manetka chodzi luźno jakby urwała się linka.  Konsternacja…. czy to możliwe ? co się stało ? Okazuje się że zawleczka, utrzymująca tulejkę od linki gazu przy gaźniku wypadła i razem z tulejką gdzieś poleciała. Sytuacja jest o tyle ciekawa, że tą zawleczkę, powinno się zdjąć przy użyciu śrubokręta przykładając pewnej siły. Na pewno nie powinna ona spaść samoistnie chyba ........chyba, że była, za duża i zbyt luźna rozhartowana lub po prostu niepasująca. Podchodzimy do drugiej nirvany, którą kupiłem razem z Julkiem i ku zaskoczeniu u niego zawleczka również prawie spadła. Delikatne posunięcie paznokciem zmieniło jej położenie. To absurdalne, bo powinno być to na mocny wcisk. Napędy są prawie nowe i raczej nie z dolnej półki, dlatego taki błąd przy montażu (bo widać, że wystąpiło to w dwóch napędach czyli dobrana partia  zawleczek była zła)  wzbudza moje mocne wkurwienie. O konsekwencjach utraty gazy w locie  każdy wie. Prowizoryczne złapanie linki gazu trytytką rozwiązuje problem co nie naprawia mojego humoru bo napęd na trytytki za 5zl nie kojarzy mi się dobrze, takiego się pozbyłem.

Dobra, startuję, za mną Julek. Mamy opóźnienie do grupy  45minut więc sami ruszamy na 80km przelot na południe półwyspu. Po zobaczeniu pierwszych widoków wraca mi pozytywny nastrój i cieszę się chwilami dla których tu przybyliśmy. Lecimy w samo południe 6m/s wieje nam w plecy co daje postępową prawie 70km/h.  Pod nami przepięknie oświetlone puste plaże mieniące się na tle szmaragdowego koloru wody, spod których wynurzają się nieregularne formacje skalne. Dodatkowymi perełkami są: samotnie zacumowany jacht na samym skraju szpicy oraz wrak statku, którego znacząca część przebiła taflę wody. Podczas okrążania jachtu otrzymałem od załogi ofertę piwa, ale niestety stojący maszt uniemożliwił jego podjęcie, Antkowi w innych okolicznościach taka sztuczka się udała.


Dalszy brzeg ciągle zmieniał swoje ukształtowanie. Od płaskich jak naleśnik plaż poprzez piętnastometrowe klify z piaskowca z których z ukrycia wylatywały różne drapieżniki, kończąc na łagodnych zboczach w których wkomponowane były letnie rezydencje. Co kilka kilometrów nie zabrakło portów, z zakotwiczonymi luksusowymi jachtami, kutrami rybackimi czy łodziami przeznaczonymi do nurkowania.



To było jak Grecja w pigułce, było prawie wszystko, aż człowiek żałował, że lecieliśmy tak szybko bo nie mógł nacieszyć się tymi widokami. Mimo zaciąganych trymerów wiatr pchał nas jak oszalały. Wbrew rozsądkowi i świadomości ryzyka chwilami łapaliśmy pułap 2m i mknęliśmy przez parasole, leżaki, skałki.


Dzieci i dorośli  pozdrawiali nas życzliwie  machając rękami w naszą stronę. Raz zdarzył się jakiś idiota, który czymś w nas rzucił, jednak chybił.  Zbliżamy się do kanału gdzie nagle na niskiej wysokości wpadam w delikatną turbulencję. Szybko uciekam wyżej, a tu kolejna torba. Nagle zerkam w prawo i momentalnie przypominają mi się słowa naszego greckiego mentora. "Pamiętajcie dziś podczas lotu w godzinach popołudniowych nadejdzie silny szkwał, jak tylko go zobaczycie natychmiast lądujcie." Szkwał pokrywał całe morze po horyzont a pojawił się znikąd. Syntezą 2 rzucało niemiłosiernie, choć trymery całkowicie odpuszczone. Artur zarejestrował opadania rzędu 12 m/s na przemian z noszeniami po 10 m/s.  Pierwszy raz w turbulencji dostałem napędem w łeb. Było słabo, uciekam na górę na 150 m wiatr był bardzo silny ponad 40km/h ale w miarę stabilny. Większość ekipy była nisko a ich glajty łapały wszystkie możliwe figury, dlatego przez radio nadałem „góra, góra 150”. Uciekamy na drugą stronę półwyspu bo tu na pewno nie da się lądować chyba, że w wodzie i to na twardo. Mimo odpuszczonych trymerów postępową mieliśmy około 8km/h. Po przeleceniu nad kanałem na drugą stronę wiatr trochę osłabł do  30km/h, ale było w miarę równo. Tomek wylądował pierwszy i krzyczy "jest dobrze" . Wszyscy siadają, lądowanie na odpuszczonych trymerach w miejscu. Jest bezpiecznie. Emocje nie opadają, mimo doświadczenia niektórych pilotów sytuacja została uznana za niebezpieczną. Mańkowski po raz kolejny miał rację. W ekipie brakuje nam Zdzicha. Nie odpowiada przez radio, ale z wstępnych ustaleń on deklarował, że wróci spokojnie na kwaterę, która była w połowie drogi. Zdzicho pod względem czasu lotu przebijał wszystkich. Zawsze bez żadnej trudności startował z nienajlżejszym napędem zabierając ponad dwadzieścia litrów paliwa. Wiedząc jaka była pogoda zaczynamy się wszyscy bardzo martwić. Szybko wracamy w umówiony punkt lądowania czyli na kwaterę. W głowach snują się już czarne myśli. Minęły dwie godziny od naszego lądowania, a on nie odpowiada. Według założeń nie ma już paliwa. Ja wiedziałem, że ma telefon, który odpowiadał sygnałem i że nie był wyposażony w wodoodporną obudowę. To znaczyło, że jeszcze nie utonął.  Po kilku próbach kontaktu przychodzi wiadomość wszystko jest ok za 15 minut będę lądował na plaży. Odetchnęliśmy z ulgą, wybiegliśmy mu na spotkanie i wskazaliśmy miejsce do lądowania. Mimo zawirowań i pewnych trudności znalazł się na ziemi. Jesteśmy cali, wszyscy żyją. To był trudny dzień. Do późnej zakrapianej nocy analizujemy co się działo. Wnioski mamy jedne, z dużą rozwagą i wiedzą lokalnych mentorów należy prowadzić tutaj loty. Rzeźba terenu półwyspu razem z wiatrami występującymi naraz z obu stron wybrzeża połączone z termiką  generuje warunki, które mogą zaskoczyć największych wyjadaczy.

Kolejny poranek wita nas zaciągniętym niebem. Lekka mżawka komponuje się z  naszymi równie ostudzonymi nastrojami.  Mamy dzień restu. Każdy zajmuje się swoimi sprawami, popołudniem idziemy na obiad. Zdzisiu znowu nam gdzieś zaginął. Z Grzesiem odnajdujemy go w pobliskiej kawiarni lekko zmartwionego, ponieważ jakiś grecki słupek zaatakował jego samochód lekko uszkadzając drzwi. Z użyciem pewnej siły jednak da się je otworzyć i zamknąć pozostawiając nieznaczna szczelinę.  Ten dzień chyba wszystkim był potrzebny. Nikt nawet nie próbuje forsować jakiegoś pomysłu aby poszukać miejsca do latania.

Mimo, że minęło ponad 24 godziny cały czas w opowieściach wracamy do wczorajszych wydarzeń.  W między czasie  udało się wyskoczyć na małe nurkowanie na piękną lagunę jaka znajduje się na wschodzie drugiego palca

Czwartek
Przebijające się światło przez drewniane okiennice budzi nas w naszej ostatniej a zarazem najładniejszej rezydencji. Widok z naszego balkonu rozciąga się na całe wybrzeże Sitoni. Optymizm wraz z pogodą powrócił do towarzyszy. Na dziś zaplanowane są loty nad wyspą Diaporos i jej mniejszymi krewnymi. Start i lądowanie w jednym miejscu. Po 30 minutach podróży docieramy do długiej plaży na której próbujemy znaleźć optymalne startowisko. Ze Zdzisiem podczas poszukiwań spotykamy żółwika który spaceruje sobie środkiem drogi. Na wszelki wypadek przenosimy go w bardziej bezpieczne miejsce niż droga. Lądowisko wydaje się optymalne. Trochę po skosie, ale przy małym wietrze powinniśmy dać radę. Wszystkie starty kończyły się małym zeskokiem z wydmy tuż przy wodzie. Nikt nie umoczył i to najważniejsze. Dopiero po wzniesieniu się w powietrze dostrzegliśmy piękno tego miejsca. Nasz mentor miał rację,  tu naprawdę  jest pięknie.  Nawet nie będę opisywał co widzieliśmy, niech poniższe zdjęcia bronią się same. Powiem tylko, że zdjęcia nie oddają wszystkiego.


Jeden startuje drugi ląduje. Tomek zgodnie z przekazywanymi instrukcjami latał na bardzo niskim pułapie przy samych skałach.  Jakoś materiał do filmu trzeba zdobyć :) Chyba bardzo mu się to spodobało bo później sam przyklejał się do grani trzeba go było tylko powstrzymywać aby nie wlatywał na zawietrzną. Jak co dnia coś musi się wydarzyć inaczej nie było by o czym opowiadać. Najpierw Julek lecąc na 2 metrach z wiatrem przy lądowisko stracił moc. Silnik zgasł a on całym impetem wbił się w plażę. Nogi piekły go jak cholera. Ilość wulgaryzmów jakie użył była ciężka do zliczenia. Od początku wyjazdu miał problem z obrotami silnika, albo go telepało albo gasło.  Grzesio jako nasz mechanik przerobił wszystkie możliwe kombinacje od początku wyjazdu, niestety nie przyniosło to oczekiwanego efektu. Mirek będzie musiał się przyjrzeć dokładnie sprawie. Kolejne ciężkie lądowanie zaliczył Artur, który wbił się w piach z włączonym silnikiem lekko je uszkadzając. Pozostali wyszli bez szwanku. Mnie nawet w tych warunkach udało się wylądować wyłączyć silnik utrzymać skrzydło nad głową włączyć ponownie motor i podejść spokojnie to miejsca biwakowania. Dzień uznajemy za udany, co opijamy w kolejnej tawernie polecanej przez Greków. Tam kosztujemy jagnięciny oraz wszelkich owoców morza. Na lekkim rauszu wracamy na kwaterę dopijając otwarte już trunki.





Rozpoczyna się ostatni dzień przeznaczony na latanie. Ambitnie chcemy spróbować zaatakować zachodnią cześć drugiego palca jednak po zweryfikowaniu startowiska, które z każdej strony było od zawietrznej szybko pomysł upada i wracamy na nasze wysepki. Artur, Julek, Zdzichu  po ostatnich przygodach zakończonych lekkim bólem nóg zrezygnowali z latania i zasiedli w motywującej loży szyderców. Dzisiaj wiatr jest słaby 2m/s starty idą bez problemu co jest nie w smak naszym jurorom, którzy z aparatem w ręku czekają na jakieś potknięcie:). Dziś zabrałem ze sobą gopro na monopodzie w końcu to ostatnia sesja.  Pikowanie nad łodziami, nurkami, wyspami było głównym tematem. Pogoda wprost idealna samo południe, a tu masło. Oczywiście żelazna zasada trzymaj się nawietrznej. Jak chciałeś wlecieć do środka to wysoko bo nawet malutka wysepka potrafiła puścić bąka.

Po 1,5 godzinie postanawiam wracać. W radiu słyszę niepokojące komunikaty. “Antek uważaj na wiatr podejdź z drugiej strony, leć na samochód, odkręcaj szybko… szybko” chwile później “Wojtek uważaj na lądowanie Antek miał twarde przyziemienie“. Generalnie trochę nie wiedziałem o co chodzi. Tutaj flauta prawie po horyzont. Spokojnie lecę sobie w stronę lądowiska. Mijam ostatnią wysepkę i zostaje mi ostatnia prosta około  500m. Nagle skrzydło raptownie zaczyna szarpać odpuszczone trymery do końca.  Bogdan mówi: “leć wzdłuż plaży” , ale ja nie mogę się do niej zbliżyć, rzuca mną od prawej do lewej, niekontrolowane wingove pogłębiają się. Nie mam pojęcia co się dzieje, skoro tu powinna być idealna nawietrzna przy spokojnym zefirku. Staram się uciec od plaży, przygotowany do upadku na wodzie ( agama w gotowości). Nirvana na pełnych obrotach nie generuje żadnego wznoszenia. Udaje się..,  200 metrów od plaży trochę się uspokaja. Dolatuję w okolicę lądowiska od strony morza, teoretycznie od zawietrznej ale tu też kierunek był odwrotny. Przy pierwszej możliwej okazji dotykam bezpiecznie lądu. Proszę chłopaków o pomoc bo wiatr ciągnie skrzydło do morza.  Grzesiek natychmiast z Julkiem ruszają na pomoc.  Kiedy doszedłem do Zdzicha z napędem na plecach to miałem wrażenie, że to on był bardziej przerażony ode mnie. Bardzo pobudzony mówi: “ Widziałeś  co się stało ?..? ty leciałeś na Syntezie z pełną klapą połówki i nie opadałeś”,   teraz zrozumiałem dlaczego na odpuszczonych trymerach mimo maksymalnych obrotów nirvany nie miałem grama wznoszenia a wręcz odwrotnie. W żartach stwierdziłem, że skoro da się latać na snaku 14 to dlaczego na połowie syntezy 29 miało by się nie dać. W końcu połowa to 14,5. Nawet można by taką syntezę z kolegą na spółkę kupować i było by taniej :).
Humor wraca, wszystko dobre co się dobrze kończy.  Dalsza analizy wydarzeń wykazała kolejną anomalię dla panujących tu warunków.  Okazało się, że na wysokości plaży  istniał wąski przesmyk łączący oba brzegi, pozwalający przebić się silnym wiatrom od strony morza.  Siła jego była tak duża ,że zabierając z sobą termę z lądu przepychała wszystko nisko na druga stronę  zderzając z naszym zefirkiem o którym wiedzieliśmy.  Plaża do której nadlatywałem była najgorszym miejscem na całym odcinku w tej właśnie chwili, bo 15 minut wcześniej była absolutna cisza.  O wszystkim dowiedzieliśmy się jednak post factum. A nasz mentor wspominał aby uważać i być czujnym. Wieczorkiem jeszcze na chwilę Tomek, Bogdan i Antek zrobili małą rundkę spod samej kwatery wprost z ulicy. Julek robił za mobilny rękaw.


To już koniec naszej  przygody lotniczej. Do późnych godzin dokonujemy jeszcze raz rekonstrukcji wszystkich  wydarzeń oczywiście po męsku. Wszyscy są zdrowi i szczęśliwi. Widzieliśmy miejsca, które znane są z okładek biur podróży. Po takich widokach nie wiem kiedy będzie nam się chciało wzbić w powietrze w ojczyźnie.  To jest przepaść pod względem różnorodności terenu  światła i kolorów. Już dziś wiadomo, że będziemy chcieli jeszcze raz pojechać we wrześniu tym razem zwiedzimy kolejne piękne miejsca, oczywiście wszystkich chętnych zapraszamy. Jesteśmy zainteresowani lataniem na całym świecie, jeżeli kogoś również ogarnęła taka pasja to niech da znać w grupie siła.  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.


 ABOVE-ROAD rusza. Grecja to dopiero początek

 Z tego miejsca bardzo serdecznie chciałbym podziękować:
Grzesiowi, który jako człowiek orkiestra biegle nawiązując kontakt z tubylcami w ich ojczystym języku wszystko załatwiał w trybie ekspresowym. Wspaniałe noclegi, tawerny, miejsca startu i współpracę z Grekiem Mańkowskim,  to wszystko jego zasługa.

Bogdanowi, który jako pomysłodawca doprowadził do tego wyjazdu, a na miejscu jak na instruktora przystało dbał o bezpieczeństwo każdego . Sprawdzał sprzęt, dawał dobre wskazówki, komentował loty. Dzięki takim ludziom, którzy chcą dzielić się swoim doświadczeniem człowiek czuje się pewnie i bezpiecznie nawet na obczyźnie.

Zdzichowi, za inne spojrzenie na otoczenie i aurę spokoju jaka go otaczała, Arturowi i Antkowi za nieprzeciętne poczucie humoru i dbanie o to abyśmy nie chodzili głodni, Tomkowi za wspólne latania i bycie aktorem pierwszego planu, oczywiście Julkowi staremu kompanowi na którego zawsze mogę liczyć.
I kochanej Żonie, która zawsze wspiera mnie w realizacji marzeń


W wyprawie PPG Grecja 2015 udział wzięli:

Grzesiek Hrycaj - organizator
Boguś Rojek - organizator
Juliusz Brzeski
Tomasz Jabłonka
Zdzisław Karsznia
Antek Poliwka
Artur Hałasik
Wojtek Antoniuk

Relacjonował
Wojtek Antoniuk